- WIADOMOŚCI
Guardians w kosmosie? USA rozważają wojskowe loty załogowe
Amerykańscy Guardians już wkrótce mogą zacząć bronić interesów Waszyngtonu na orbicie, a w dalszej perspektywie także na powierzchni Księżyca.
Rywalizacja amerykańsko-chińska w przestrzeni kosmicznej to długa gra o ogromną stawkę. Już dziś widać, że nie samo pierwszeństwo będzie w niej decydujące, lecz zdolność do zbudowania, zabezpieczenia i utrzymania stałej obecności od niskiej orbity okołoziemskiej po powierzchnię Księżyca.
To ona pozwoli zwycięzcy narzucać normy, kontrolować łańcuchy wartości i decydować o dostępie do przyszłej gospodarki kosmicznej. Im większa stawka, tym większe ryzyko, że rywalizacja o wpływy, pozycję i zasoby w pewnym momencie zacznie opierać się nie tylko na technologii i kapitale, lecz także na sile.
Ryzyko to szczególnie mocno wybrzmiewa w najnowszym raporcie płk. rez. Kyle’a Pumroya, byłego oficera U.S. Space Force i eksperta Mitchell Institute. Najwyraźniej widać je, jego zdaniem, w przyszłej rywalizacji o kontrolę nad zasobami i terytorium Księżyca.
W opinii Pumroya może ona „w końcu osiągnąć punkt krytyczny, w którym współczesny wyścig kosmiczny przerodzi się w otwarty konflikt”. To właśnie konieczność obrony własnych interesów i przewagi strategicznej stanowi główną motywację dla proponowanego przez niego wojskowego programu załogowych lotów kosmicznych.
Według Pumroya cywilni astronauci NASA, nawet ci z doświadczeniem wojskowym lub powiązani z U.S. Space Force, nie są w stanie w pełni wypełnić tej roli. W sytuacji kryzysowej nie mieliby bowiem mandatu do obrony interesów USA, który przysługuje wyłącznie wojskowym działającym na podstawie Tytułu 10 amerykańskiego kodeksu federalnego.
Dlatego obecność aktywnych żołnierzy amerykańskich Sił Kosmicznych, czyli Guardians („Strażników”), wyposażonych w takie uprawnienia, byłaby dla Pumroya najlepszą gwarancją wiarygodnego odstraszania i skutecznej obrony.
Pumroy zwraca przy tym uwagę na wyraźny kontrast między niespójnym i nadal zasadniczo cywilnym podejściem USA a konsekwentnie rozwijanym, zmilitaryzowanym chińskim programem załogowych lotów kosmicznych. W jego ujęciu chińscy tajkonauci nie są neutralnymi naukowcami, lecz integralnym elementem systemu wojskowego PLA.
Już zeszłoroczny raport przygotowany dla Mitchell Institute wskazywał, że obecność człowieka w kosmosie może dawać przewagę nad systemami bezzałogowymi tam, gdzie kluczowe są szybka decyzja, elastyczność działania i wiarygodność odstraszania. Atak na statek kosmiczny z człowiekiem na pokładzie oznacza bowiem zupełnie inny poziom ryzyka politycznego niż uderzenie w obiekt bezzałogowy.
W swoim raporcie Pumroy kreśli wielodekadowy plan budowy wojskowego programu załogowych lotów kosmicznych. Jego zwieńczeniem miałaby być stała obecność Guardians na powierzchni Księżyca w perspektywie 20–40 lat. Zanim jednak do tego dojdzie, U.S. Space Force musiałyby rozpocząć od szkolenia pierwszych wojskowych astronautów i wysyłania ich w kosmos we współpracy z NASA oraz prywatnymi dostawcami.
Kolejnym etapem byłoby wykorzystanie przyszłych amerykańskich stacji orbitalnych jako poligonu dla specjalistycznych misji wojskowych, takich jak ratownictwo kosmiczne, naprawa satelitów wojskowych, rozwijanie zdolności operacyjnych oraz przygotowanie do potencjalnych misji bojowych.
Traktat o przestrzeni kosmicznej a realia nowej rywalizacji księżycowej
Równocześnie, zdaniem autora raportu, prawo międzynarodowe nie powinno paraliżować Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza że to chińskie plany eksploracji Księżyca mają mieć wymiar militarny i pozostawać w sprzeczności z obowiązującymi normami.
Traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., którego stronami są zarówno USA, jak i Chiny, dopuszcza działalność na Księżycu i innych ciałach niebieskich wyłącznie w celach pokojowych. Zakazuje zakładania baz wojskowych, instalacji i fortyfikacji, przeprowadzania prób uzbrojenia oraz manewrów wojskowych, ale nie wyklucza pokojowego wykorzystania personelu wojskowego.
Raport zwraca przy tym uwagę na długą historię sięgania przez Pekin po twardą siłę oraz łamania zobowiązań międzynarodowych, czego przykładem mają być działania Chin na Morzu Południowochińskim. W tym ujęciu to właśnie obecność amerykańskich wojskowych miałaby stanowić najlepszą gwarancję przestrzegania istniejących norm pokojowego i odpowiedzialnego wykorzystania przestrzeni kosmicznej oraz Księżyca.
W swojej krytyce Pumroy dołącza do coraz liczniejszego grona ekspertów domagających się reformy niemal 60-letniego traktatu. Sugeruje, że USA nie powinny biernie trzymać się ograniczeń dotyczących aktywności wojskowej na Księżycu, jeśli druga strona miałaby je łamać.
Zamiast tego Waszyngton powinien dążyć do aktualizacji traktatu i dostosowania go do realiów narastającej rywalizacji księżycowej. To samo dotyczy przyszłej gospodarki księżycowej, w tym wydobycia surowców i pozyskiwania lodu, które dziś wciąż pozostają w szarej strefie prawa międzynarodowego.
Coraz głośniejsze w USA głosy o dopuszczeniu obecności wojskowych na orbicie i Księżycu budzą jednak poważne kontrowersje oraz oskarżenia o podważanie obecnego ładu kosmicznego.
„Kiedyś między cywilnym a wojskowym sektorem kosmicznym istniał niemal taki rozdział jak między Kościołem a państwem” – przypominała w rozmowie z Defense One Victoria Samson, dyrektor ds. bezpieczeństwa i stabilności kosmicznej w Secure World Foundation. „Dziś ta granica coraz bardziej się zaciera. Myślę, że w dużej mierze wynika to z faktu, że mamy administrację wspierającą bardzo aktywne i rozszerzające swoją rolę Siły Kosmiczne.”
Guardians in space: pytanie nie brzmi „czy”, lecz „kiedy”
Samson może jednak nie dostrzegać, że dalsza ekspansja U.S. Space Force stała się dziś jednym z rzadkich obszarów ponadpartyjnego konsensusu w Stanach Zjednoczonych. Zwiększa to prawdopodobieństwo, że obecny kierunek rozwoju amerykańskich zdolności kosmicznych zostanie utrzymany niezależnie od przyszłej administracji.
Coraz silniej dominuje przy tym obawa przed tak zwanym „kosmicznym Pearl Harbor”, czyli nagłą eliminacją kosmicznego potencjału USA przez Chiny, a w szerszej perspektywie także przed zdominowaniem przez Pekin przyszłego ładu kosmicznego. Kosmiczne rozbrojenie wydaje się dziś znacznie groźniejsze niż militaryzacja kosmosu, szczególnie w rywalizacji z państwami takimi jak Chiny czy Rosja.
Trzeba jednak odnotować, że U.S. Space Force jak dotąd nie wysłały w kosmos swoich umundurowanych członków działających z uprawnieniami wynikającymi z Tytułu 10. Obecnie oficerowie Sił Kosmicznych mogą być oddelegowywani do misji eksploracyjnych NASA, co można traktować jako element fazy treningowej opisywanej przez Pumroya.
W 2024 r. płk Nick Hague został pierwszym czynnym żołnierzem U.S. Space Force, który poleciał w kosmos jako dowódca misji NASA SpaceX Crew-9. Amerykańscy wojskowi już więc latają w kosmos, ale nie wykonują tam oficjalnie zadań o charakterze wojskowym.
Co ważne, słowa Pumroya nie są jedynie ekspercką spekulacją, lecz odzwierciedlają sposób myślenia obecny w najwyższym kierownictwie U.S. Space Force. „To jest na naszej agendzie, choć jeszcze tam nie dotarliśmy. Czy powinniśmy wysłać Guardians w kosmos?” – mówił na początku tego roku gen. Shawn Bratton, zastępca szefa operacji kosmicznych. „Byłoby fatalnie, gdyby pewnego dnia do tego nie doszło. Czy będzie to rok 2030, 2040 czy 2050? Nie znam odpowiedzi, ale musimy nad tym pracować” – oceniał.
Warto zatem śledzić, czy najbliższe lata przyniosą oficjalny start takiego programu, który sam Pumroy uznaje już nie za odległą koncepcję, lecz za spóźnioną konieczność.





