Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • WYWIADY

Rosyjskie manewry na orbicie. „Podobnych zdarzeń będzie więcej” [WYWIAD]

Wizualizacja satelitów ICEYE na orbicie okołoziemskiej.
Wizualizacja satelitów ICEYE na orbicie okołoziemskiej.
Autor. ICEYE

Przestrzeń kosmiczna staje się kolejnym obszarem rywalizacji militarnej, a satelity coraz częściej są narażone na działania mogące zakłócić ich funkcjonowanie. Jak Polska przygotowuje się na zagrożenia na orbicie, jakie wnioski płyną z wojny w Ukrainie i jak będzie rozwijać własne zdolności ochrony oraz łączności satelitarnej?

Reklama

W drugiej części wywiadu z płk Leszkiem Paszkowskim, szefem Agencji Geoprzestrzennego Rozpoznania i Usług Satelitarnych (ARGUS), poruszamy m.in. temat rosyjskich manewrów na orbicie, możliwości reagowania na tego typu zagrożenia oraz ochrony polskiej infrastruktury kosmicznej.

Pierwszą część rozmowy, poświęconą rozwojowi polskich zdolności satelitarnych, planom organizacyjnym ARGUS oraz współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, można przeczytać tutaj.

Mateusz Mitkow, redaktor naczelny Space24.pl: W ostatnim czasie mogliśmy obserwować manewry rosyjskich satelitów w pobliżu jednostki ICEYE-X36, wykorzystywanej m.in. do obrazowania radarowego na potrzeby Ukrainy. Jak Wojsko Polskie ocenia takie działania i związane z nimi ryzyko?

Reklama

Płk Leszek Paszkowski: Na początku warto podkreślić, że nie był to satelita należący do Wojska Polskiego. Jednostka ICEYE-X36 została zarejestrowana przez ICEYE US i nie jest elementem systemu MikroSAR. Nie jest to zatem satelita znajdujący się na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP ani jednostka stanowiąca naszą własność.

Jeśli chodzi o ocenę rosyjskich działań, można wskazać kilka potencjalnych celów. Najważniejszym z nich była, w naszej ocenie, demonstracja możliwości. Rosja chciała pokazać, że dysponuje zdolnościami do przeprowadzania precyzyjnych manewrów na orbicie. W pewnym momencie odległość między satelitami wynosiła zaledwie kilkaset metrów, a być może nawet mniej. Przy prędkościach orbitalnych przekraczających 27 tys. km/h wymaga to bardzo dużej precyzji i świadczy o zaawansowaniu technologicznym.

Wybór konkretnego satelity również mógł mieć znaczenie. Można to interpretować jako demonstrację siły i próbę zasygnalizowania, że obiekty wykorzystywane do określonych celów, w tym potencjalnie do wspierania Ukrainy, mogą znaleźć się w zasięgu rosyjskiego zainteresowania i oddziaływania.

Reklama

Jest również wysoce prawdopodobne, że Rosjanie wykorzystali tę okazję do prowadzenia rozpoznania. Satelity tego rodzaju mogą być wyposażone w sensory służące do rozpoznania obrazowego lub radioelektronicznego. Nie można więc wykluczyć prób pozyskiwania informacji o obserwowanym obiekcie, a także przechwytywania transmisji czy zakłócania łączności.

Potencjalnych celów mogło być zatem kilka. Za najważniejszy uznajemy jednak demonstrację zdolności do przeprowadzania precyzyjnych operacji na orbicie.

Czy podobnych przypadków będzie więcej?

Myślę, że tak. Takie działania stopniowo się nasilają, a coraz więcej demonstracji podobnych zdolności prowadzą najwięksi aktorzy, w tym Chiny, Rosja i Stany Zjednoczone. To mechanizm przypominający wyścig zbrojeń: jeśli jedno państwo rozwija określone możliwości, jego potencjalni przeciwnicy starają się budować środki, które pozwolą im przeciwdziałać.

Podobny mechanizm obserwujemy w domenie kosmicznej. Zachód ma przewagę technologiczną nad Rosją w zakresie rozwoju zdolności satelitarnych, dlatego Rosjanie w dużym stopniu koncentrują się na rozwijaniu zdolności antysatelitarnych. Takie manewry należy więc traktować również jako demonstrację potencjalnych możliwości oddziaływania na satelity.

Reklama

Uważam, że podobnych zdarzeń będzie więcej. Dlatego powinniśmy rozwijać własne zdolności pozwalające chronić nasze systemy satelitarne w przestrzeni kosmicznej i przeciwdziałać tego rodzaju zagrożeniom.

Czy Polska dysponuje narzędziami i procedurami pozwalającymi wykrywać podejrzane manewry na orbicie, oceniać ich charakter i odpowiednio wcześnie reagować? Jaką rolę odgrywa w tym zakresie Centrum Operacji Satelitarnych?

Centrum Operacji Satelitarnych, będące częścią ARGUS, rozwinęło przede wszystkim zdolności w zakresie świadomości sytuacyjnej w przestrzeni kosmicznej. Mamy dostęp do danych z sensorów rozmieszczonych na całym świecie, które umożliwiają obserwację przestrzeni kosmicznej.

Reklama

Żadne państwo nie jest w stanie samodzielnie prowadzić skutecznego rozpoznania w kosmosie. Wymaga to rozbudowanej, globalnej sieci sensorów. Coraz częściej mówi się również o sensorach umieszczanych bezpośrednio na orbicie, czyli satelitach zdolnych do obserwowania innych satelitów. Udało nam się stosunkowo szybko zbudować wymagane zdolności. Nie mieliśmy zresztą dużego wyboru, bo skoro podjęliśmy decyzję o pozyskaniu własnych satelitów, musieliśmy jednocześnie zapewnić mechanizmy ich ochrony. Podstawowym warunkiem skutecznej ochrony jest natomiast wiedza o tym, czy nasze zasoby są zagrożone. Dlatego w pierwszej kolejności skupiliśmy się na rozpoznaniu przestrzeni kosmicznej.

Dzięki posiadanym zdolnościom mieliśmy dostęp do danych obserwacyjnych i na bieżąco śledziliśmy rosyjskie manewry. Mówiąc „my”, mam na myśli szeroko rozumianą społeczność Zachodu. Ten przypadek był sprawdzianem naszych zdolności. Pokazał, że potrafimy wykrywać i monitorować tego rodzaju działania. Wiemy np., że gdy odległość między satelitami stała się zbyt mała, operator ICEYE podjął decyzję o uruchomieniu silników satelity, aby wykonać manewr pozwalający uniknąć kolizji. Rosyjski satelita również wykonał manewr. To istotny sygnał: widzimy, co dzieje się na orbicie, i jesteśmy w stanie identyfikować obiekty wykonujące podejrzane manewry.

Potrafimy wskazać, który satelita wykonywał określone manewry. W przypadku ewentualnego uszkodzenia innego obiektu dysponowalibyśmy danymi, które mogłyby pomóc ustalić, jaki satelita mógł za nie odpowiadać. To ważne zarówno z punktu widzenia ochrony własnych zasobów, jak i przypisywania odpowiedzialności za działania na orbicie.

Reklama

Jakie działania można podjąć w sytuacji, gdy inny satelita zbliża się do naszego obiektu i stwarza ryzyko kolizji lub celowego oddziaływania?

Podstawowym działaniem jest wykonanie manewru unikania kolizji, czyli zmiana orbity satelity w taki sposób, aby zwiększyć odległość od zbliżającego się obiektu. Wiąże się to ze zużyciem paliwa, a tym samym może skrócić czas eksploatacji satelity, ale jest to najprostszy i niekiedy konieczny sposób reagowania. W omawianym przypadku sytuacja pozostawała pod kontrolą, ponieważ mieliśmy możliwość obserwowania manewrów i odpowiedniego reagowania. Nie doszło też do fizycznego kontaktu między obiektami.

To dla nas sygnał, że musimy rozwijać podobne zdolności. Na każde wrogie działanie trzeba być w stanie odpowiedzieć. Jeśli będziemy dysponować odpowiednimi systemami na orbicie, potencjalny przeciwnik będzie musiał brać pod uwagę, że możemy monitorować jego działania i podejmować kroki przeciwdziałające. Jeśli natomiast ktoś zaatakuje naszego satelitę, powinniśmy mieć możliwości odpowiedniej reakcji. Dlatego rozwój krajowych i sojuszniczych zdolności w tym zakresie jest konieczny.

Amerykanie już nad tym pracują. Jak wiemy, niedawno przedstawiciele strony amerykańskiej otwarcie mówili o systemach antysatelitarnych, czy też rozwiązaniach służących ochronie własnych zasobów na orbicie.

Reklama

Jeśli chodzi natomiast o rażenie kinetyczne, to trzeba mieć na uwadze, że najgorszy możliwy scenariusz to zestrzelenie satelity. Każde uderzenie kinetyczne w obiekt na orbicie może doprowadzić do powstania ogromnej liczby odłamków. Już teraz dużym wyzwaniem są dla nas śmieci kosmiczne. Zniszczenie kolejnego satelity jeszcze bardziej zwiększyłoby ich liczbę. Musielibyśmy stale obserwować nowe obiekty, obliczać ich trajektorie, oceniać ryzyko kolizji i w razie potrzeby wykonywać kolejne manewry unikowe.

Dotychczas mieliśmy do czynienia z demonstracjami takich zdolności w odniesieniu do własnych zasobów, ale nie z otwartym atakiem na satelitę należącego do innego państwa. Niektóre państwa niszczyły własne satelity, demonstrując w ten sposób swoje możliwości. Wybierano przy tym obiekty znajdujące się na tyle niskiej orbicie, aby powstałe odłamki nie stanowiły długotrwałego zagrożenia dla własnych zasobów.

Dlatego uważam, że na razie nie należy spodziewać się otwartej wojny w kosmosie, o której często się dyskutuje. Bardziej prawdopodobne wydają się działania polegające na zakłócaniu pracy satelitów lub zmianie ich orbit, w tym doprowadzaniu do ich deorbitacji. Można sobie np. bardzo łatwo wyobrazić scenariusz, w którym jeden satelita zbliża się do drugiego, wykorzystuje ramię robotyczne, a następnie zmienia jego orbitę w taki sposób, że staje się on bezużyteczny albo ostatecznie wchodzi w atmosferę i ulega zniszczeniu.

Reklama

To, moim zdaniem, w bliskiej perspektywie czasowej, bardziej prawdopodobny kierunek rozwoju zagrożeń niż bezpośrednie niszczenie satelitów za pomocą uderzeń kinetycznych. Takie działania prowadziłyby do powstania kolejnych odłamków i mogłyby pozbawić wszystkie strony części ich zasobów orbitalnych, wywołując trudną do przewidzenia eskalację. Musimy więc rozwijać zdolności przeciwdziałania takim zagrożeniom.

Wykorzystanie systemów Starlink i Starshield w Ukrainie pokazało, jak duże znaczenie dla działań wojskowych ma dostęp do usług satelitarnych oraz jak istotne mogą być warunki określane przez ich dostawców. Jakie wnioski z tej sytuacji powinny wyciągnąć państwa europejskie, w tym Polska?

Wnioski są oczywiste dla każdego państwa, nie tylko europejskiego. Należy dążyć do posiadania własnych zdolności, ponieważ sojusze i partnerstwa mogą się zmieniać. Zmieniają się rządy i uwarunkowania międzynarodowe, dlatego nie możemy zakładać, że zawsze będziemy mieli zapewniony dostęp do zasobów, czy to partnera biznesowego, czy jakiegokolwiek innego.

Reklama

Doświadczenia Ukrainy potwierdzają, że posiadanie własnych zasobów, w tym satelitarnych, ma kluczowe znaczenie, jeśli chcemy mieć pewność, że w razie potrzeby będą one dostępne. Nigdy nie możemy mieć całkowitej pewności, czy firma komercyjna albo partner rządowy z różnych względów nie zdecyduje się ograniczyć lub wyłączyć świadczonych usług. Własne zasoby dają nam znacznie większą gwarancję ich dostępności nawet w sytuacji najpoważniejszego kryzysu.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o hipotetyczne odcięcie nas od usług. W przeszłości mieliśmy już przypadki, gdy pomimo podpisanych umów z wieloma partnerami komercyjnymi i rządowymi, w sytuacji kryzysowej przez długi czas nie byliśmy w stanie pozyskać nawet jednego zobrazowania satelitarnego. Priorytet otrzymywali bowiem klienci narodowi zagranicznych dostawców. To mechanizm, który może wystąpić w przypadku każdego państwa.

Dlatego doszliśmy do wniosku, że w razie konfliktu zbrojnego lub poważnego kryzysu możemy nie mieć dostępu do potrzebnych danych, jeśli będziemy polegać wyłącznie na zasobach zewnętrznych. Stąd decyzja o budowie własnych zdolności satelitarnych w zakresie obrazowania. Ta zasada dotyczy zresztą wszystkich kluczowych zdolności. W przypadku konfliktu na dużą skalę każde państwo będzie w pierwszej kolejności starało się zaspokoić własne potrzeby. To brutalna rzeczywistość, którą musimy brać pod uwagę.

Reklama

Jak ARGUS przygotowuje się do działania w środowisku, w którym systemy nawigacji, łączności i rozpoznania mogą być ograniczone?

Jako agencja odpowiadająca nie tylko za domenę kosmiczną, lecz także za rozpoznanie geoprzestrzenne, zajmujemy się przygotowywaniem produktów umożliwiających prowadzenie działań w warunkach niedostępności sygnałów nawigacji satelitarnej czy systemów łączności.

Dysponujemy metodami pozwalającymi opracowywać bardzo precyzyjne produkty kartograficzne, które mogą wspierać wojsko w określaniu własnego położenia oraz dokładnym wyznaczaniu współrzędnych celów. Wykorzystujemy w tym celu ścisłe metody matematyczne, w tym geodezyjne, a także dane satelitarne.

Wojsko, nawet jeśli na co dzień korzysta z zaawansowanych systemów informatycznych i pracuje na danych cyfrowych, musi być przygotowane również na sytuację, w której te rozwiązania przestaną działać. W takich warunkach powinno móc wrócić do korzystania z map i nadal prowadzić operacje. Dlatego tradycyjne produkty kartograficzne wciąż pozostają niezbędne, a wymagania dotyczące ich jakości i dokładności stale rosną.

Reklama

Jest to proces ciągły. Dane trzeba aktualizować, poprawiać ich jakość i wykorzystywać coraz doskonalsze techniki. Nieustannie pracujemy więc nad tym, aby dostarczać Siłom Zbrojnym RP coraz lepsze dane wspierające planowanie i prowadzenie operacji wojskowych.

Polska rozwija własne systemy rozpoznania, ale potrzebuje również odpornych i bezpiecznych zdolności wojskowej łączności satelitarnej. Jak ocenia Pan plany utworzenia „polskiego Starlinka”, ogłoszone niedawno przez PGZ i ICEYE?

Zdecydowanie pozytywnie. Rozpoczęliśmy rozwój własnych zdolności kosmicznych od satelitów rozpoznawczych, ponieważ odpowiadało to na konkretne potrzeby. Kolejnym krokiem jest rozwój pozostałych zdolności, w tym łączności satelitarnej (SATCOM). Nie oznacza to, że w tym obszarze nic się nie dzieje. Np. przystąpiliśmy do programu WGS (Wideband Global SATCOM), który zapewnia nam znaczące możliwości w zakresie bezpiecznej łączności satelitarnej na potrzeby wojskowe. To jednak dopiero początek.

Reklama

Myślę, że w obszarze łączności będziemy podążać podobną drogą jak w przypadku obrazowania satelitarnego. Początkowo korzystaliśmy wyłącznie z usług komercyjnych dostawców. Następnie weszliśmy we współpracę międzyrządową, a docelowo chcemy dysponować również własnymi satelitami. Chodzi o suwerenność i możliwie największą pewność, że łączność będzie dostępna wtedy, gdy będzie potrzebna.

Warto podkreślić, że w przypadku zdolności kosmicznych odpowiednią odporność i niezawodność można osiągnąć jedynie dzięki dywersyfikacji i redundancji zasobów. Należy dysponować zarówno własnymi satelitami, jak i dostępem do usług komercyjnych oraz odpowiednimi umowami z partnerami. Ważne jest również korzystanie z systemów działających na różnych orbitach, w tym niskiej (LEO) i geostacjonarnej (GEO). Pozwala to elastycznie przełączać się między dostępnymi zasobami.

Jeśli system jest odpowiednio zaprojektowany, zakłócenie lub utrata jednego źródła łączności nie musi oznaczać przerwy odczuwalnej przez użytkownika. Dzięki dostępowi do różnych satelitów i systemów, także komercyjnych, można szybko przełączyć się na alternatywne zasoby. Dlatego potrzebujemy również własnych rozwiązań, a ich rozwój już się rozpoczął.

Reklama

W tym kontekście inicjatywa ogłoszona podczas targów MSPO 2026, dotycząca budowy konstelacji satelitów telekomunikacyjnych na niskiej orbicie okołoziemskiej, jest dla nas interesująca i potencjalnie atrakcyjna. Używane określenie „polski Starlink” wskazuje na pewne podobieństwo do systemu SpaceX, choć mówimy o konstelacji o innej skali, projektowanej przede wszystkim z myślą o zaspokojeniu naszych potrzeb operacyjnych. Na razie mamy do czynienia z ogłoszeniem współpracy między PGZ a ICEYE. Na etapie konkretyzowania projektu i budowy zdolności konieczna będzie jeszcze weryfikacja założeń oraz ocena dostępnych rozwiązań.

Istotne jest jednak to, że w Polsce podejmowane są działania na rzecz rozwoju takich systemów. Poza suwerennością operacyjną znaczenie ma również suwerenność technologiczna i wzmacnianie krajowego przemysłu. Warto rozwijać te kompetencje w Polsce.

Równolegle trwają rozmowy dotyczące pozyskania narodowego satelity geostacjonarnego. Prace w tym zakresie powinny zostać zrealizowane do 2030 roku. Jest to jeden z elementów finansowanych w ramach programu SAFE.

Reklama

Jakie zdolności powinny być priorytetem w perspektywie najbliższych pięciu lat, aby Polska mogła skutecznie chronić swoje interesy w przestrzeni kosmicznej?

Przede wszystkim musimy wyciągać wnioski z tego, co dzieje się w Ukrainie. Jednym z ważnych obszarów jest wykrywanie zakłóceń sygnałów nawigacji satelitarnej i przeciwdziałanie im. Musimy znaleźć sposoby na prowadzenie operacji wojskowych również w warunkach, w których nawigacja satelitarna jest niedostępna, zakłócana lub w inny sposób ograniczana.

Jeśli chodzi o zdolności bezpośrednio związane z domeną kosmiczną, powinniśmy odważnie postawić na rozwój systemów służących aktywnej ochronie naszych zasobów na orbicie. Nie chodzi o to, by kiedykolwiek z nich korzystać, lecz o to, by odstraszać potencjalnego przeciwnika i w ten sposób zapewniać bezpieczeństwo naszym satelitom.

W przeszłości bardzo często spotykałem się z opinią, że wydatki na wojsko są marnotrawieniem pieniędzy, które można byłoby przeznaczyć na przykład na ochronę zdrowia czy drogi. Padały argumenty, że to stracone pieniądze, bo skoro nigdy nie dojdzie do wojny, to zakupione uzbrojenie nie zostanie wykorzystane. To błąd logiczny. Trzeba zrozumieć, że budujemy zdolności obronne właśnie po to, aby do wojny nie doszło. Musimy ponosić znaczne wydatki na zbrojenia, by skutecznie odstraszać każdego potencjalnego agresora i nigdy nie dopuścić do konfliktu na naszym terytorium. Nasz kraj, naród i państwo doświadczyły w przeszłości tak wiele wojennego cierpienia, że powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski i zrobić wszystko, by nigdy nie dopuścić do wojny.

Reklama

Zdolności odstraszania musimy rozwijać w każdej domenie, również kosmicznej. W przeciwnym razie potencjalny przeciwnik może uznać, że nasze satelity da się wyeliminować już pierwszego dnia konfliktu. Jeśli będziemy dysponować zdolnościami do ochrony własnych zasobów orbitalnych i będziemy je demonstrować, możemy skutecznie zniechęcać go do ich zaatakowania.

Podobna zasada obowiązuje w innych domenach. Zdolność do uzyskania przewagi w powietrzu ogranicza swobodę działania przeciwnika. Analogicznie musimy dążyć do uzyskania przewagi w przestrzeni kosmicznej. Amerykanie określają to mianemspace control, czyli kontrolowaniem przestrzeni kosmicznej. Chodzi o to, by mieć zdolność do kontrolowania sytuacji w tej domenie i kształtowania warunków prowadzenia działań zgodnie z własnymi interesami.

Dziękuję za rozmowę!

Pierwszą część rozmowy, poświęconą rozwojowi polskich zdolności satelitarnych, planom organizacyjnym ARGUS oraz współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, można przeczytać tutaj.

Reklama